W ostatnich dniach szeroko komentowany jest przypadek zamku budowanego w samym sercu Puszczy Noteckiej. Kontrowersyjna budowa stała się okazją, by znów dokopać organizacjom ekologicznym. Szkoda. Są ważniejsze sprawy, niż prywatne wycieczki władzy.



W pokoju, w którym piszę ten felieton wiszą trzy obrazy. Jeden przedstawia sielską, anielską rzekę na tle zachodu słońca. Pozostałe dwa przedstawiają sielską, anielską przyrodę na tle francuskich zamków z wieloma wieżami, podcieniami, łukami, wysokich na kilka pięter. Od każdego obrazu bije zachwycające piękno. Wydaje się zatem, że szaleńczy pomysł zbudowania malowniczego zamku nad brzegiem jeziora w sercu puszczy nie powinien nikogo dziwić. A jednak dziwi, bo okazuje się, że las podlegał ochronie, a inwestycję pozytywnie zaopiniował jeden z działaczy ekologicznych domagających się ścisłej ochrony zupełnie innej puszczy. Pozostaje dylemat, kto ma rację. Ci co krzyczą wieszać, czy ci co krzyczą utopić?


Tymczasem o mały włos, z niewielkimi modyfikacjami inwestycja w zamek spełniłaby wymagania ustawy deweloperskiej, którą całkiem niedawno uchwalił sejm. Jest to inwestycja w budynek z 46 mieszkaniami, a ustawa w najnowszej wersji dopuszcza realizację inwestycji w przyspieszonym trybie dla budynków z co najmniej 25 mieszkaniami. W pobliskim miasteczku około 800 metrów od zamku funkcjonuje przystanek komunikacji autobusowej. Podejrzewam, że jest tam także niewielki sklep. Inwestor buduje do zamku drogę. Tak duża inwestycja zapewne nie może się obyć bez kanalizacji, wodociągu i prądu, więc dostęp do tych mediów prawdopodobnie jest zapewniony. Ponieważ w odległości 3km nie ma szkoły i przedszkola inwestor mógłby opłacić gminie 5-letni dowóz dzieci do tych placówek w sąsiednich większych miastach. Inwestycja jest zgodna z planem zagospodarowania, bo inaczej inspekcja budowlana wykazała by błędy podczas niedawnej kontroli, a skoro jest zgodna z planem, to zgodna jest także ze studium uwarunkowań i kierunków zagospodarowania gminy. Jedyne czego inwestycji brakuje, to brak rozmachu, bo ustawa deweloperska dopuszcza poza dużymi miastami budynki wysokie jedynie na 3 piętra, a zamek ma mieć ich podobno 14 – jak projektowano zamek jednak nikt nie znał standardów, jakie znajdą się w tej ustawie.

A obszar NATURA 2000 i decyzja RDOŚ? Można mieć pretensje to ludzi, że do tego dopuścili, ale swoją rolę odegrały też procedury. To deweloper, zgodnie z prawem, zlecił raport oceny oddziaływania na środowisko. Taki sposób zlecania opinii środowiskowej ma od dawna wpływ na wynik raportu, niestety nie tylko w przypadku tej inwestycji. Gdyby takiej finansowej zależności nie było, wiele organizacji ekologicznych prowadziłoby firmy wykonujące takie raporty, a tak nie jest. RDOŚ mógł wydać pozytywną decyzję, skoro w raporcie nie stwierdzono podstaw do jej odmowy. Inwestycja odbywała się w małej gminie, więc organizacji ekologicznych raczej w pobliżu nie było, a skoro mieszkańcom zamek nie przeszkadza, to i protestów nie było.

RDOSie wydają takich decyzji tysiące w ciągu roku. Od 2008 roku mogą się w tym procesie wspomagać opiniami Rad ds. Ocen Oddziaływania na Środowisko. Jednak np. Rada przy mazowieckiej RDOŚ od 2015 roku, kiedy po wyborach parlamentarnych wymieniono dyrektora, nie zwołała takiej rady ani razu. Pewnie jest tak i w Poznaniu. A niedługo zapewne będzie tak dużo decyzji do wydania w urzędach wojewódzkich, kiedy deweloperzy na wyścigi będą składać wnioski i decyzje na mocy specustawy deweloperskiej. Ciekawe czy ilu tego typu zamkom będzie winny wojewoda po wdrożeniu tej ustawy?

Lekcja może być tylko jedna. Ludzie jacy są, tacy są. Jedyną obroną przed ludzkim błędem są dobrze zaprojektowane procesy, procedury i instytucje. Czy pod tym kątem przygotowywane są nowe ustawy? Niestety nie.

Wojciech Szymalski http://www.chronmyklimat.pl